O wiele za długo odkładałam rutynowe badania krwi, ale ostatnio zaczęło mi się kręcić w głowie po krótkich, mało intensywnych treningach i uznałam, że to niepoważne że tak długo się nie badałam. Trafiłam w końcu do internisty, opowiadam o objawach, on zadaje pytania, ja się intensywnie skupiam i jak najsumienniej odpowiadam. Martwię się, że coś jest nie tak. Ale właściwie przecież jestem młoda, więc pewnie to jakiś brak minerałów czy co.
On kolejno wklikuje skierowania w klawiaturę.
Czekam.
– No! To jeszcze pytanie za sto punktów – i patrzy na mnie tak entuzjastycznie, jakbym miała wiedzieć o co mnie pyta i czeka na odpowiedź. Ja nie wiem, pytam:
– Tak?
– Czy jest pani w ciąży?
On zadaje to pytanie zapewne kilka razy dziennie od X lat, a ja od niego znieruchomiałam. (Zastało mnie ono nagą, bez ochronnego pancerza. Chodzę do lekarzy raz na wieczność. O istnieniu tego pytania zwyczajnie zapomniałam i przez to nie mogłam się na nie przygotować kontrolującym umysłem, uzbroić w ochraniacze.)
– Nie. – spuściłam wzrok.
– Czyli RTG można robić.
SPUŚCIŁAM WZROK – wyłapuje tenże kontrolujący umysł, który by do tego nie dopuścił.
Spuściłam wzrok powoli i nieznacznie, tak jak się to robi przy temacie, który jest dla nas smutny, albo wywołuje jakiś rodzaj żalu. (?)
To była niekontrolowana reakcja, to była czysta mowa ciała, a ono nie umie kłamać. (!)
Dostaję do ręki skierowania i wychodzę, z uśmiechem dziękując.
„,Spuściłam wzrok…” wraca to do mnie i zostaje ze mną na długo, jako pytanie. Co to znaczy?
Właściwie wiem dobrze, co to znaczy, tylko chyba muszę z tym pobyć, żeby to do siebie dopuścić. Otóż odblokowujemy właśnie nowe doświadczenie na tej planszy, mało komfortowe:
Pustka, przepaść między tym, gdzie chciałabym być, a gdzie jestem.
Chciałabym być w tak luksusowym miejscu w życiu, gdzie mogę według swojego chcenia decydować, czy powiększam rodzinę, czy nie. Nie mogę. Moje chcenie niestety odbija się echem po ciele, i na razie tylko takim zostanie. Bo w tym celu potrzeba by:
1. Mieć kogoś, z kim mogę myśleć o dziecku i ciąży
2. Być spokojną, że finansowo nas na to stać
Nie widać na horyzoncie realizacji żadnego z tych podpunktów. A moja wiara w to, że którykolwiek z nich jest dla mnie osiągalny, jest o wiele mniejsza niż chciałabym przyznać. Bo czy będę umiała tworzyć związek tak solidny, jak ja sobie marzę? Czy, i kiedy, w ogóle poznam kogoś, z kim chciałabym mieć dziecko?
———
Dwa dni później jestem na urodzinowym grillu, w bardzo przyjemnych okolicznościach przyrody. Po podwórku biegają pieski, praży słońce i jestem ze sporą grupą znajomych, których już długo nie widziałam. Przepiękny dzień. Jest dopiero piętnasta, szykujemy wszystko, wieszam kolorowe balony. Dla jasności, jedna z koleżanek informuje mnie, bo nie jestem na bieżąco, że druga koleżanka jest w ciąży i nie będzie z nami piła.
Bum. Na to też nie mogłam się przygotować. Przyjechałam tu ”odpiąć wrotki”. Ale zanim to nastąpi, jeszcze poczuję to, co czuję teraz.
Pierwsza jest myśl: czy na mojej twarzy będzie widać zaplątanie albo kawałek mojego bólu? Błagam, żeby nie. Bardzo nie chciałabym przynosić swojego smutku do jej ciąży. Oprócz tego również cieszę się i staram się uśmiechać tak, żeby nie było po mnie widać całej reszty. Gratuluję jej. Pytam o zdrowie, pytam o samopoczucie, a potem wracam do wieszania balonów. I sekundę później staje mi mózg, zlagował się. Oto jakaś część w środku mnie, zapadła się, tak jak zapada się podmyty grunt. Intensywność tego uczucia mogę określić jako 3/10, więc nie za mocno, ale jest to zupełnie nowe doświadczenie w moim żywocie. Przetwarzam sobie jeszcze przez chwilę co się we mnie zadziało, wieszając balony. Czuć to w ciele jako dziwne odrętwienie. To chyba bezradność.
Dlaczego się zapadło?
Dudniący dźwięk w środku.
Czuję to pierwszy raz. Być może dlatego, że do tej pory miałam tarczę ochronną zbudowaną z narracji ”Ja JESZCZE tego nie mam. Ja podjęłam takie decyzje wcześniej w życiu, które opóźniły znacząco moją stabilizację w porównaniu do większości rówieśników” i byłam z tym okej, i to wystarczyło. Tymi ”decyzjami” była dedykacja, żeby najpierw znaleźć w tym świecie siebie, bo siebie wcale nie znałam i okrutnie mi się żyło w tej pustce. Nie umiałabym też, przede wszystkim, związać się z nikim ”na zawsze”, dopóki nie wiem kim jestem. I długo to spojrzenie na sprawę umożliwiało mi nieczucie najmniejszego żalu, kiedy ktoś stawiał dom albo powiększał rodzinę. Ba! Ja długo uważałam, że to w ogóle nie jest dla mnie i to nie moja droga. A później, kiedy mi się dojrzało i dotarło do mnie już, że chcę w tym życiu być mamą, to nadal wiedziałam, że u mnie to wszystko przyjdzie później i miałam w sobie na to zgodę.
Dlaczego tarcza ochronna przestała działać?
Bo mam 31 lat i nie widzę zbyt wielu owoców swojej drogi. Jest opustoszała. Czy siebie znam? Bardzo dobrze. To niestety nie jest to samo, co STAWIANIE KROKÓW w zgodzie z tym czego pragnę. Wiedzenie czego pragnę to nie to samo, co sięganie po to. Do tego potrzebna jest odwaga. Decyzja. A ja się ostatnio – wiele lat – tylko plątałam ze swoim bałaganem w głowie i uparcie nie chciałam używać swojej odwagi, jakbym myślała, że mogę ją zmagazynować na jakieś ”później”. Ten stan rzeczy sprawia, że ciężko jest nie czuć straty, kiedy się nadal nie ma obok długoletniego partnera ani materialnych warunków do wicia gniazdka, nawet jeśli miałoby ono być wite na razie solo. Bo na ścieżce zawodowej również nie umiałam się dobrze angażować, póki nie odnajdę ”tego czegoś”…
No więc, czekałam na jakąś odważniejszą Kingę, która ma mi to wszystko załatwić, ale okazało się, że czekanie (szok) nie daje upragnionego efektu. Dzisiaj jestem o to mądrzejsza, ale nadrobienie utraconego czasu nie jest możliwe. I nie zamierzam próbować nadrabiać WSZYSTKIEGO, ale chociaż zrobić sensowny użytek z tego czasu, który mam teraz. A to już osobny temat.
Następnego dnia po tym, jak napisałam tę notatkę, zobaczyłam tę rolkę. Wyłam. Rozsądek każe odebrać to jako znak od Wszechświata, że nie moim zadaniem jest martwić się o takie rzeczy.
Ale z miejsca, w którym jestem dzisiaj, tak ciężko jest uwierzyć.



