Stary Mokotów. Słońce.


Stary Mokotów. Słońce. Zielono, ciepło i spokojnie. Spacer z pieskiem koleżanki. Świeżo robione lody na Kazimierzowskiej. Czego chcieć więcej? A to tylko początek: potężny obiad z deserem, dużo śmiechu, godzinna drzemka. Czuć, że to ostatni ciepły wieczór tego lata. Więc pizza na wynos i wódka w parku. Nastrój niezobowiązujący tak samo rozkosznie, jak wtedy, kiedy się było w liceum i miało w dupie wszystko.

Teraz nie dziwię się sobie, że tu uciekam. Przed kurewskim zimnem Gdańska. Przed swoim nowym życiem, co je uklepałam ze mrzonek, nie ważąc sił na zamiary. Co mnie zmiażdżyło wszystkim obcym. Tu jest jakoś jaśniej i spokojniej. Tu pasuję ludziom do harmonogramu. Wakacje od życia. Na półtorej doby, chociaż tyle.

Jeszcze wyjdę na pociąg godzinę wcześniej, przejdę się po Śródmieściu, jak turystka z plecakiem (a przecież jestem miejscowa, tylko na chwilę mnie nie ma) po ulicach, co były moją drogą do pracy, do domu, do sklepu. Jeszcze przez oczy i dziurki w nosie napcham do środka to, co tu kocham. Na zapas.

Wsiadam do pociągu. W przedziale sami młodzi ludzie, nieśmierdzący. Luksus. Obok mnie najmłodszy, może 17-letni. Czas w pociągu to czas święty – nic nie muszę. Siedzę w książce i w swojej głowie na przemian. Dziś wyjątkowo mocno przepełniona wdzięcznością, uspokojona tym dobrem, co mnie tu spotkało. Sielski nastrój.

Aż w sekundzie: KURWA! CO?! z hukiem na ziemię. TEN DZIECIAK OBOK MA MALINKĘ. MA MALINKĘ. JAK TO, KURWA? Pierwsza myśl: JA TEŻ CHCĘ. GDZIE SIĘ ZBIERA TAKIE PRZYJEMNOŚCI? JA TEŻ CHCĘ. Bezczelnie siedzi obok na-własne-życzenie-niedopieszczonej-od-długich-miesięcy-mnie i ma malinkę. Siedzi i jedzie. Tak samo jak ja, pociągiem z Warszawy do Gdańska. Różnica jest jednak taka, że on tam pozbierał zapewne sporo intensywnych wrażeń, jeszcze więcej ciepłych przytuleń. A ja się, kurwa, zachwycam lodami o smaku brzoskwini i orzecha piemonckiego i to tyle ze szczytowania w mojej skali przyjemności. Niedowierzanie.

A po niedowierzaniu przychodzi zgoda. Bo prawda jest taka, że ja nie chcę malinek. Przecież ty nie chcesz ich, Kinga. Z nimi w pakiecie idą kosztowne uniesienia. Wybijająca z rytmu życia tęsknota. Zazdrość i to najbardziej na świecie niepokojące poczucie, że ktoś ma nad tobą kontrolę. Że ty oddajesz komuś kontrolę. Malinka, a raczej okoliczności, w jakich powstaje, to jedna z tych przyjemności, które dostają się kobietom o sercach bardziej miękkich, bardziej ciepłych, nie takich obwarowanych jak twoje. Obwarowałam w nadziei, że w inkubatoryjnych warunkach nauczę je nie bać się, kiedy pojawia się ktoś, komu warto by oddać część nad sobą kontroli. I oddać tylko część, coś zostawić dla siebie. Nigdy tego nie umiałam. Ostatnia próba opuszczenia zwodzonego mostu poszła mi bardzo marnie i tylko pokazała, że jeszcze się niczego z tych rzeczy nie nauczyłam. Te zabawy mi się znudziły.

Więc niech sobie ma tę malinkę, młody jest, jeszcze ma serce w jednym kawałku, niezastraszone, niech się wyszaleje. A ja na razie podziękuję za te przyjemności, nie mam do nich kompetencji, siły ani odwagi. Bez żalu je odpuszczam. Każdy ma swoją drogę.

Poza tym, ja piszę tę notatkę w telefonie, a on się właśnie rozpłakał w przedziale. Po cichu, siorpiąc nosem, ze wzrokiem utkniętym w ekranie. (Ile trzeba mieć odwagi, żeby w tym wieku pozwolić sobie płakać przy ludziach?!) Może on wcale nie ma tak dobrze? Może to nie malinka, tylko krwiak po tym, jak ojciec po pijaku złapał za kark i równał z ziemią? Przestraszyłam się tej myśli, staram się przyjrzeć temu krwiakowi (jakby miał mi udzielić jednoznacznej odpowiedzi). Ale nadal nic nie wiem.

Nie płacz młody, to minie. A jak chcesz to płacz, tylko żebyś pamiętał, że minie.

Wszyscy mamy swój przydział. Niektórzy tak ładnie mówią, że każdy dostaje tyle, ile jest w stanie dźwignąć (siniaków) lub na ile się odważy (kiedy chodzi o malinki). Brzmi to zupełnie jak nic popartego badaniami. Ale dziś chyba ta dynamika jest dla mnie aktualna. Swoje zasoby odwagi i wytrzymałości ostatnio mocno nadwyrężyłam i teraz w pokorze, asekuracyjnie sięgam po rożek ze świeżo robionymi lodami i nie przechodzę na czerwonym, nie szarżuję, bo mnie nie stać na kolejne próby.


***Tekst powstał we wrześniu 2017 roku. Nie jest już aktualny, ale chciałam go tu mieć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *