W dniu, w którym przeprowadziłam się do Gdańska


W dniu, w którym przeprowadziłam się do Gdańska coś rozpierdoliło mnie bez reszty na drobne okruszki i nawet tego nie zauważyłam. Przeoczyłam, więc próbowałam żyć, jakbym była cała. I nic nie wychodziło, i wszystko było trudne, i było straszne. Może dlatego, że miało swoją materię, a ja byłam tylko smrodem strachu – nie miałam szans przy żadnym zderzeniu z rzeczywistością.

Im dłużej nie zauważałam tego swojego rozpadu, im dłużej wymagałam od siebie zdrowej, ludzkiej kondycji, tym więcej się mnożyło sobą rozczarowań i tym głębiej się zapadałam w swoje prywatne piekło. Nie przyszło mi do głowy, że mogę się ugiąć pod wszystkim nowym. Miało być super. Przeprowadzka, też mi coś. Przecież chciałam tak bardzo tu, „nad morze”! Chciałam nowej pracy, wyzwań, wszystkiego, c h c i a ł a m   t e g o!
I dostałam. Ale w pakiecie z panicznym lękiem. Ukręciłam z niego baty, co mi miały zapewnić przetrwanie, co miały pchać naprzód: masz teraz być idealna, bo jesteś beznadziejna. Najgorszy system obronny został pobudzony do pracy na pełnych obrotach. Nie zauważyłam nawet kiedy stałam się swoim własnym katem. A od siebie samej przecież nie ma ucieczki, nie ma sekundy wytchnienia. W obłędzie goniłam swój ogon każdego dnia, milion okrążeń dziennie, w frustracji wyszarpywałam własne futerko, szukałam wyjścia, ale się nie dało, nie było tu żadnej drogi. Chyba z wycieńczenia zdecydowałam się podważyć sens całej tej gonitwy; odrzuciłam na chwilę wszystko, co uważam i myślę. O sobie i o świecie. Opadłam z sił. Przyznałam swoją bezsilność. I w tej ciszy zrobiła się przestrzeń dla duszy. Ona zadała pełne spokoju i jakby matczynej troski pytanie: co się z tobą dzieje, Kinga? Spojrzałam w lustro, żeby łatwiej było udzielić odpowiedzi i zobaczyłam wyraźnie: wychudzona jeszcze mocniej niż zwykle, przestraszona na dźwięk własnego oddechu. Nie dało się nie zapłakać. Ale ten widok przyniósł jednocześnie ukojenie, bo tak samo wyraźnie jak krzywdy, zobaczyłam oprawcę. To ja sama.
Po płaczu przyszedł czas na euforię, bo myślałam, że wystarczy mi, że to wszystko dostrzegłam i zrozumiałam, żeby swój nędzny los odmienić, odkręcić koło fortuny, odczarować koszmary. Skoro to ja sama, to już nie ma powodu się bać! Uspokój się, przestań do siebie mówić jadem i będzie dobrze.

Szybko się okazało, że piekło z głowy nie wyjdzie od pstryknięcia palcami, że baty nie przestają uderzać, że najgorsze myśli nie opuszczają mnie na krok, jak komary zlatują się zewsząd, gryzą po twarzy i nie zanosi się na zmiany. Nie miałam już wtedy siły na nic. Nie miałam siły. Teraz trzeba było pilnować myśli, a ciągle, każdą wolną chwilę byłam sama ze swoją głową i nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc dbać o jej higienę. Z resztą, chyba nikt by nie mógł.
Ośrodek myślenia wysyłał sprzeczne sygnały, migały kontrolki, wrzeszczały syreny, alarmujące komunikaty, a każdy z tych dźwięków dodatkowo bolał. I w tym chaosie, ciało, co je zawsze miałam za głupie i nieważne, objęło samozwańczo dowództwo nade mną. Bez rozkazu mózgu, nogi szły na trawę. Nad wodę. Bo kiedyś pomagała. (Przez doświadczenia ostatnich miesięcy oswojona już byłam z wnioskiem, że – niestety – nic, co kiedyś pomagało, już nie działa, więc whatever, chcesz nad wodę, idź nad wodę.) Teraz, Kinga, masz tu odpoczywać, czy ci się to podoba, czy nie. Bo inaczej doprowadzisz nas do zagłady. Nie było nic do stracenia. Wcześniej nigdy nie widziałam siebie w takim stanie. Własnym myślom i uczuciom nie mogłam już ufać. Znalazłam się przez nie niebezpiecznie blisko krawędzi.

Był we mnie wtedy jeden procent baterii. I wszystko to skupiłam na niedawanie wiary lękom, kierowanie uwagi na zewnątrz. Na początku człowiek się wtedy czuje jak debil. Można powiedzieć tchórz: udawałam głupią, udawałam, że ich nie widzę, nie czuję. Tych najcięższych myśli, paniki, zwątpienia we wszystko. Nie ma mnie w domu. Zadzierałam głowę wysoko, siłą kierowałam wzrok tam, gdzie ich nie ma, na chmury, i błagałam bez słów, żeby ten koszmar się już skończył.

Ale to nie jest tchórzostwo. Nie ma nic złego w nieotwieraniu drzwi koszmarom. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek spoufalał się z nimi zbyt długo i zbyt intensywnie. Jeden procent baterii to naprawdę mało: tu nie było miejsca na pielęgnowanie godności. Tu trzeba było popychać się do oddychania.

Może ciekł mi pot po czole, tak bardzo wysilałam się, żeby nie wpuszczać nic do głowy. Nie myśl, Kinga, to cię zabije. Myśli off.

Wdech.
Chmury.
Wydech.
Kaczki.
Wdech.
Samolot.
Wydech.
Cisza.

W domu kilka rzeczy do zrobienia, ale teraz priorytetem było nie myśleć, a ja tego nie umiem robić w domu. Więc na przymusowy wybieg. Codziennie. Żeby ten smród z głowy wywietrzyć, co go hodowałam latami i co mi zatruwał życie, do szpiku kości mnie sobą obrzydzał. Niektórzy sugerują, że takie śmierdzące myśli dobrze jest kontrować pachnącymi, ale jakiego bym nie próbowała poczuć zapachu, to to i tak się mieszało z tym smrodem i tylko się robiło gorzej, tak jak miesza się słodki odświeżacz powietrza z gównem w ciasnej toalecie. Więc najpierw trzeba było wywietrzyć.

Spokojniej mi tu na trawie jednak – pomyślałam wdzięczna nogom, co mnie tu przyprowadziły. Raz, drugi, kolejny. Nie było innego wyjścia.

I pomogło. Za którymś razem już nie musiałam udawać, że nie czuję. Tego po prostu nie było. Ja w kawałkach, ale przynajmniej umiałam oddychać. W jakiś niezauważalny dla mnie sposób harmonia ze wszystkiego obok wchodziła nieśmiało do środka. Dziś powiem: Trudno mi wątpić w sens życia, kiedy potrafię dostrzec jak perfekcyjnie zgrany jest ten system, co kieruje ptakiem i wodą, wiatrem i słońcem, ziemią i ciszą. Jak ckliwie to brzmi. Kiedyś nie rozumiałam. Brzydziłam się takich zdań, nazywałam naiwnymi. Nie rozumiałam.

Nie da się rozumieć prostego piękna. Nie da się r o z u m i e ć, bo ono nie jest do rozumienia. Nie zobaczysz perfekcji i spójności w naturze, jeśli pójdziesz na łąkę z zamiarem odnalezienia perfekcji i spójności w naturze. To możliwe dopiero, kiedy rezygnujesz z ubierania w definicje. Kiedy wyłączasz potrzebę uzasadniania. Kiedy na chwilę przestajesz być intelektualistą i krytykiem, a pozostajesz po prostu człowiekiem.

Myśli wtedy nie stają na drodze i spokój może bezpośrednio wchłaniać się przez wszystkie zmysły do środka. Wypełnia dziury. Koi rozdygotane. Bezszelestnie składa z powrotem w całość to, o czym nawet nie wiesz, że było rozbite.
Cichnie odruch poddawania sensu życia zwątpieniom, kiedy dostrzega się wokół tyle spójności i determinacji, by być. By być. I ani szczeliny na sugestię, jakoby niebycie miało sens.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *